Na przedpolach Skandynawii
Co robić w długi weekend? To pytanie zadaje sobie na początku maja niemal każdy Polak. Dla mnie odpowiedź jest prosta. Rzut oka na mapę i chłodna kalkulacja, gdzie w te kilka dni można dotrzeć, by odkryć nowe ciekawe miejsce i już wiem, jak spędzę te dni. W tym roku wybrałem Estonię.
Republiki nadbałtyckie, choć są tak blisko, wciąż pozostają dla Polaków nieodkryte. Jakkolwiek sentymentalne podróże prowadzą wielu z nas na Litwę, tak Łotwa i Estonia pozostają w cieniu. A szkoda.
Granicę z Litwą przekroczyłem w okolicach Suwałk. Każdego podróżnego od razu uderzy kontrast niezwykle rozbudowanej postsowieckiej infrastruktury granicznej z leniwą atmosferą posterunków pomiędzy tymi dwoma krajami. Kilometry płotów, murów, wieżyczek, zasieków, siermiężnych budowli, zakurzonych stołów do legendarnego „trzepania bagaży”, a obok znudzeni celnicy zajmujący jedną małą budkę i z wyraźną niechęcią zaglądający w paszport.
Dziwnie się jedzie przez ten kraj. Pusta, zalesiona, płaska kraina z polami po horyzont i porozrzucanymi gdzieniegdzie drewnianymi zagrodami kontrastuje z mocno wyidealizowanym obrazem Litwy, jaki wbijali nam do głów Mickiewicze i Miłosze. Cóż, jak przeczytamy w "Panu Tadeuszu" - kraj lat dziecinnych, on zawsze zostanie święty i czysty...
Ciekawe jest podczas podróży przez Litwę dekodowanie nazw miejscowości. Bo kto by się domyślił, że miasto Keidanai to miłoszowskie Kiejdany, a Kaunas to Kowno? Szybko zrozumiałem ten kod i z przyjemnością odkrywałem coraz to nowe miejsca znane z historii Polski i kart literatury. Nie było więc kłopotem odgadnąć nad jaką znajduję się rzeką, gdy wjeżdżając na most przeczytałem napis – Nemuanas.
Łotwę przejechałem równie szybko jak Litwę. Krajobraz niewiele się zmienił, język również. Coraz rzadziej widoczne były drewniane chałupy stające samotnie w polu a coraz gęstszy stawał się las. Znaczny odcinek drogi z Rygi – stolicy Łotwy do Tallina prowadzi wzdłuż Bałtyku, więc trasa stawała się z każdym kilometrem coraz bardziej malownicza. Po jednej stronie niekończący się las przecinany gdzieniegdzie jeziorami, po drugiej bezgranicznie długa dzika plaża i znikomy ruch na drodze sprawiał wrażenie, że oto zbliżam się do rubieży naszego kontynentu.
Łotwa wydaje się być jeszcze biedniejsza niż Litwa. Gorsze drogi, zapuszczone miasta, w których mocno jeszcze czuć ducha Związku Radzieckiego sprawiły, że wjazd do skandynawskiej Estonii wydał się prawdziwym skokiem cywilizacyjnym. Dobre drogi, drogie samochody, zupełnie niezrozumiały język i oczywiście las aż do samego Tallina – taka Estonia wita podróżnego wjeżdżającego od strony jej południowch granic.
Estońska stolica jest jednym z najbardziej uroczych miast, jakie miałem do tej pory okazję odwiedzić. Nieskończone labirynty zaułków, uliczek, schodów łączących kamienice i place, malownicze zakamarki, a przy tym zdecydowanie mniej turystów niż np. w Pradze.
Tallin to jednak przede wszystkim raj dla miłośników średniowiecznych założeń miejskich. Świetnie zachowane, zbudowane prawie 800 lat temu przez Duńczyków mury obronne, najstarszy w tej części Europy gotycki ratusz, a także sporo domów kupieckich czy spichlerzy powoduje, że niezwykle łatwo poczuć tu atmosferę dawnych hanzeatyckich miast. Klimatu dodają dziesiątki sklepików, prywatnych galerii i drobnych zakładów, w których rzemieślnicy na oczach klientów wyrabiają ceramikę, szkło ozdobne, witraże czy różnorakie kowalskie rękodzieło. Mieszczą się one w autentycznych średniowiecznych domach i piwniczkach. Szkoda tylko, że w mieście, którego starówka położona jest 500 m od brzegów Bałtyku nie można tanio zjeść ryby czy innych owoców morza, za to wszędzie restauratorzy serwują popularną włoską kuchnię.
W Tallinie nie brakuje wpływów wschodnich. Bliskość Petersburga widoczna jest nie tylko w sporej ilości Rosjan na ulicach, ale również w zabytkach. Na uwagę zasługuje wczesnoklasycystyczna rezydencja cara Piotra Wielkiego wraz ze znakomitym francuskim parkiem sąsiadującym z morzem, ale prawdziwym spotkaniem ze wschodem Europy jest wizyta w położonym tuż przy budynku parlamentu soborze Aleksandra Newskiego. Uczestnictwo w prawosławnym nabożeństwie jest ogromnym przeżyciem, zwłaszcza dla człowieka znudzonego surowym katolickim obrządkiem.
Mimo rosyjskich wpływów Estończykom bliżej jest jednak do Finów niż do Słowian, co wyraźnie widać na ulicach Tallina. Miasto, jak żadna inna stolica postsowieckiej republiki jest wyjątkowo czyste i zadbane, a uśmiechnięci Estończycy, oczywiście w 90% blondyni, wydają się być naprawdę sympatyczną nacją. Szkoda, że nie tylko kulturowo, ale także cenowo doganiają Skandynawię. Tallin jest miastem stosunkowo drogim, koszt pobytu w estońskiej stolicy bliski jest wydatkom związanym z pobytem np. w Barcelonie. Jednak spokojne spacery po wąskich uliczkach, wieczory w staromiejskich knajpkach lub nadmorskich kafejkach, a jednocześnie brak hałaśliwych hord turystów z Włoch, Japonii, czy zapijaczonych angielskich imprezowiczów sprawia, że Tallin to idealne miejsce na romantyczny wypad we dwoje. Spokojnej atmosfery, którą oferuje to miasto próżno szukać w podobnych europejskich metropoliach.
Tallin w wielu przewodnikach określany jest jako przedmieścia Helsinek. Pomimo, iż oba sąsiadujące przez Zatokę Fińską miasta zasługują na uwagę, to jednak śmiało mogę stwierdzić, iż jest zupełnie odwrotnie. Jestem pewien, że tam wrócę, by podczas białych nocy snuć się po tallinskich zaułkach.
T.Maciejczyk
|